Prawdziwe historie

Każdy, kto wybiera się do pracy za granicę jako opiekun osoby starszej ma całe mnóstwo pytań i wątpliwości. Całkowicie naturalne są pytania dotyczące języka, zakresu obowiązków, praw opiekuna czy własnych umiejętności radzenia sobie w obcym kraju. Aby odpowiedzieć na większość przedwyjazdowych wątpliwości przedstawiamy historie opiekunów, którzy podzielili się swoimi doświadczeniami. Każdy z nich decydując się na wyjazd i opiekę nad seniorem też miał swoje wątpliwości i pytania dotyczącej przyszłej pracy. Ich relacje z całą pewnością rozjaśnią wiele kwestii i ułatwią Tobie przygotowania do wyjazdu.

Pierwszy wyjazd wspominam jak sen. To było nierealne i do dziś myślę sobie, że czymś w niebie sobie na to zasłużyłam. Miałam 51 lat i właśnie straciłam pracę jako ochroniarz. Pieniądze się kończyły, a młodsza córka właśnie podjęła decyzję, że idzie na studia. Nie wiedziałam jak szybko związać koniec z końcem. Zapytałam męża co zrobimy? Odpowiedział mi wtedy: Pamiętaj, dobrych ludzi spotykają dobrze rzeczy, jakoś z tego wyjdziemy- pamiętam to do dziś. Następnego dnia poszłam do agencji pracy tymczasowej, zapytali mnie czy znam język niemiecki i czy zastanawiałam się nad pracą w opiece. Miesiąc później podpisałam kontrakt na 4 miesiące i wyjechałam do rodziny w Wurtzburgu.

PRZECZYTAJ HISTORIĘ

Pierwszy wyjazd wspominam jak sen. To było nierealne i do dziś myślę sobie, że czymś w niebie sobie na to zasłużyłam. Miałam 51 lat i właśnie straciłam pracę jako ochroniarz. Pieniądze się kończyły, a młodsza córka właśnie podjęła decyzję, że idzie na studia. Nie wiedziałam jak szybko związać koniec z końcem. Zapytałam męża co zrobimy? Odpowiedział mi wtedy: Pamiętaj, dobrych ludzi spotykają dobrze rzeczy, jakoś z tego wyjdziemy- pamiętam to do dziś. Następnego dnia poszłam do agencji pracy tymczasowej, zapytali mnie czy znam język niemiecki i czy zastanawiałam się nad pracą w opiece. Miesiąc później podpisałam kontrakt na 4 miesiące i wyjechałam do rodziny w Wurtzburgu.

Katarzyna Fiołek

Jaki był ten pierwszy wyjazd?

Marta Okolska

Był trudny. Przez pierwszy miesiąc bardzo tęskniłam, a nie miałam pieniędzy na długie rozmowy przez telefon z rodziną. Podopieczni za to byli wspaniali, mieli świetne poczucie humoru i byli bardzo dziarscy jak na swój wiek. W zasadzie moja praca ograniczała się do przypominaniu o lekach i do pomocy domowej, a muszę przyznać, że było tam się czym opiekować. Felix (85 l.) niegdyś właściciel fabryki mebli, cieśla z zawodu, miał wspaniałą kolekcję zabytkowych mebli i o zgrozo nadal przepadał za dłubaniem w drewnie (mimo postępującego Parkinsona). Kiedyś podeszłam do jego żony Sophie (77 l.) podeszła ze strachem w ochach i mówię: Czy wiesz, że twój mąż właśnie obrabia dłutem drewno. A ona na to, to dobrze, nie uważasz, w naszym wieku cieszy już tak mało rzeczy. Odpowiedziałam na to, ale przecież może mu się coś stać, ręce mu się trzęsą a narzędzia są ostre. Sophie zaśmiała się i powiedziała: Przynajmniej umrze robiąc to co kocha. Tacy to byli ludzie, pozytywni, radośni i kochający życie. Rozmowy z nimi powodowały, że i ja zaczęłam inaczej postrzegać świat i innych ludzi też.

Katarzyna Fiołek

Czy może Pani nam przytoczyć jakąś rozmowę, która była szczególnie inspirująca?

Marta Okolska

Było ich sporo, naprawdę przywiązałam się do tych ludzi. Ciężko mi jest opowiadać te historię bo czuje wzruszenie. Oboje Sophie i Felix umarli kilka lat temu… ale myślę, że najbardziej by się ucieszyli gdybym opowiedziała jak się poznali. Felix był synem cieśli. Uczył się fachu od Ojca i z czasem w raz z nim, założył zakład meblarski. A potem przyszły złe czasy i zamiast produkować meble, produkowali skrzynie na amunicje i inne wojskowe artefakty. Pewnego poniedziałkowego dnia, przy rozładunku dostawy z tartaku, pojawili się oni. On miał 3 lata, ciemne włosy i był obrzezany, ona 7 skórę białą jak śnieg i rzymski nos. Rodzina Zwicków nie miała wątpliwości, kim była ta dwójka, nie miała też wątpliwości co takim znaleziskiem zrobić. Chłopca wywieźli nocą do Ciotki do Albertshofen , a dziewczyna została z nimi. Gdy dorosła, a wojna się skończyła, Felix poślubił Sophie. Sophie często powtarzała, że przecież nie mogło być inaczej, ze to przeznaczenie, że dobrzy ludzie się przyciągają.

Katarzyna Fiołek

Mówiła Pani, że na ten wyjazd czym sobie Pani w niebie zasłużyła

Marta Okolska

To prawda, tak mówiłam.

Katarzyna Fiołek

Czy może nam Pani opowiedzieć coś więcej?

Marta Okolska

Bardzo zżyłam się z Zwickami, ale kończył się mój kontrakt i chciałam pobyć trochę w domu, odpocząć- bo co by tu nie mówić każda praca na obczyźnie, nawet jak się nie trzeba zajmować paliatywnie chorym, wykańcza. W dniu wyjazdu zaproponowali mi abym wróciła. Pojechałam do domu na miesiąc, tak się umówiliśmy.

Katarzyna Fiołek

I co, wróciła Pani do Zwicków?

Marta Okolska

O tak, wróciłam w pierwszym tygodniu Listopada. Ucałowali mnie i powiedzieli nie będziesz się rozpakowywać, zapytałam dlaczego a oni: bo jedziemy na Ibizę. Pomyślałam, że to żart, ale okazało się, że zakupili tam małą posesję na te ostatnie dni, tak to ujęli, bo przecież lepiej umierać z widokiem na morze niż na pochmurne i złowieszcze lasy.

Katarzyna Fiołek

Czyli pojechała Pani na Ibizę?

Marta Okolska

Tak jest. Pojechaliśmy. I przez te 8 lat współpracy z Zwicakmi na Ibizie spędziłam tak 3 i pół. Nigdy później już nie wyjechałam do innej rodziny. Nie mogłabym.

Katarzyna Fiołek

Ale były chwile w których, ten zawód dał Pani w kość?

Marta Okolska

Tak, bo niezależnie gdzie się patrzy na umieranie czy na Ibizie czy w Polsce, to jest to widok smutny. Nie miałam problemu z opiekowaniem się nad tą dwójką. Nigdy nie marudzili, wiedzieli że muszą podjąć się rehabilitacji czy systematycznie przyjmować leki. Ale były też takie wskazania lekarza, których nie respektowali. Takie jak unikanie kawy i alkoholu czy nie jedzenie słodyczy, raz w tygodni palili też papierosy.

Katarzyna Fiołek

Jednym słowem ekscentryczni dziadkowie.

Marta Okolska

Wydaje mi się, że byli po prostu świadomi tego co się dzieje i nie chcieli swoich ostatnich dni na odmawianiu sobie czegokolwiek.

Katarzyna Fiołek

Kiedy zakończyła Pani pracę dla Zwicków?

Marta Okolska

Usiadłam z nimi pewnego wieczoru na werandzie. Pani Sophie powiedziała, że w przyszłym roku planują umrzeć. Powiedziałam jej żeby nie mówił głupot i że przecież tego nie da się zaplanować. A oni mi na to, że przy ich schorzeniach wystarczy nie brać leków i będzie po sprawie.

Katarzyna Fiołek

Tak po prostu przyjęła to Pani do wiadomosci?

Marta Okolska

Tak, znałam ich już na tyle dobrze, że nie było sensu namawiać czy tłumaczyć. Pan Felix zaczął mieć wtedy problemy z demencją starczą, myślę że przede wszystkim to było powodem ich decyzji. Naszym pożegnaniem były wspólne wakacje, pozwolili mi zaprosić moja rodzinę, opłacili bilety dla córek i męża. Razem wybraliśmy się do jednego z tych modnych klubów na Ibizie, wypoczywaliśmy na plaży. A potem gdy nadszedł czas pożegnaliśmy się.

Katarzyna Fiołek

Wzruszyła się Pani.

Marta Okolska

To był mój pierwszy i jedyny wyjazd, drugi raz nie zniosłabym tych emocji. Byli dla mnie jak przyszywani wujkowie. Polubiłam ich, wie Pani? Tak naprawdę.

ZAMKNIJ

Marlena Wojnar Miło mi, że chciała się Pani ze mną spotkać, mimo że nie mam chyba nic ciekawego do opowiedzenia. Paulina Świątkiewicz Proszę nie być tak skromną. Na pewno są rzeczy, którymi chciałaby się Pani podzielić z przyszłymi lub początkującymi opiekunkami. Marlena Wojnar O tak, są! Czyli rozmowa będzie o znajomości języka niemieckiego? Paulina Świątkiewicz […]

PRZECZYTAJ HISTORIĘ
Marlena Wojnar Miło mi, że chciała się Pani ze mną spotkać, mimo że nie mam chyba nic ciekawego do opowiedzenia.
Paulina Świątkiewicz Proszę nie być tak skromną. Na pewno są rzeczy, którymi chciałaby się Pani podzielić z przyszłymi lub początkującymi opiekunkami.
Marlena Wojnar O tak, są! Czyli rozmowa będzie o znajomości języka niemieckiego?
Paulina Świątkiewicz Jeśli uważa Pani, że warto o tym opowiedzieć, to tak.
Marlena Wojnar Zdecydowanie, choć przyznam że trochę się krępuje, w końcu całe to zdarzenie nie jest moją najchlubniejszą historią.
Paulina Świątkiewicz Jednak ma pewne walory edukacyjne, których nie można przecenić.
Marlena Wojnar

No dobrze (śmiech). Do Niemiec wyjechałam pierwszy raz, zaraz po studiach czyli równo pięć lat temu. Miałam, fiu bździu w głowie i kredyt studencki do spłacenia. Pomyślałam, a pojadę, inni bez dobrej znajomości języka niemieckiego robili tak przede mną, i będą tak robili po mnie. Wysłałam CV, miała doświadczenie w opiece, pracowałam na stażu w ośrodku dla osób obłożnie chorych, nakłamałam w podaniu że znam język niemiecki.

Paulina Świątkiewicz A znała go chociaż trochę?
Marlena Wojnar Przez całe swoje życie uczyłam się Angielskiego, niemiecki to tylko w podstawówce miałam.
Paulina Świątkiewicz

To jak Pani przebrnęła przez rozmowę kwalifikacyjną, i telefon od niemieckiej agencji?

Marlena Wojnar

I to właśnie jest początek niechlubnej historii. Dniem i nocą przygotowałam się na tą rozmowę. Uczyłam się z artykułów niemieckich, takich co to od razu są tłumaczone są na polski. Uczyłam się pełnych zdań. W sumie miałam opanowane podstawowe zwroty, które wydawały się być niezbędne z perspektywy otrzymania pracy w opiece.

Paulina Świątkiewicz Jak rozumiem, udało się Pani przebrnąć przez ten etap, a co z telefonem z niemieckiej agencji?
Marlena Wojnar

Wyczekiwałam na ten telefon wraz z moja współlokatorką. Joasia biegle mówi po niemiecku. Kiedy zobaczyłam niemiecki kierunkowy na wyświetlaczu moje komórki, przekazałam jej telefon. Wiem, że to było strasznie głupie.

Paulina Świątkiewicz A przynajmniej nierozsądne. Ale proszę powiedzieć co było dalej.

Marlena Wojnar

Dalej był koszmar. Wyjechałam opiekować się Klausem, 87 letnim, podopiecznym po udarze. Pan był w zasadzie nie mówiący wiec myślałam, że jakoś dam rade… niestety pomyliłam się bardzo. Po pierwsze, Klaus mieszkał ze swoim synem Danielem- ten prawie od razu zrozumiał, że mam duży problem z niemieckim, po drugie teraz już rozumiem jak bardzo to było nieodpowiedzialne.

Paulina Świątkiewicz Co takie się stało, może nam Pani opowiedzieć.
Marlena Wojnar

Tak, ku przestrodze. Prawie cały pierwszy miesiąc korzystałam ze słowników, rozmówek i jakoś dawałam rade. Jednak początkiem marca, miał miejsce wypadek. Pan Klaus, jakimś sposobem spadł z łóżka i zemdlał. Pana Daniela nie było, a ja spanikowałam… Musiałam zadzwonić po pogotowie, nie wiedziałam co i jak. Boże jak ja się wtedy bałam. Wzięłam telefon i zadzwoniłam na pogotowie: Jedyne co byłam w stanie powiedzieć to hilfe, hilfe Wilhelm Strasse einundzwanzig. Karetka przyjechała, okazało się, że Pan Klaus potrzebuje operacji, gdybym mogła z nim porozmawiać, pewnie by do tego nie doszło, pewnie by nie wstawał…. Ale niestety. Po tym incydencie, miałam dwie możliwości. Albo z podkulonym ogonem wrócić do kraju i pewnie wtedy nawet już nigdy więcej bym nie wyjechała albo ponieść konsekwencje na miejscu.

Paulina Świątkiewicz Jakie to były konsekwencje, co pani zrobiła.
Marlena Wojnar

Usiadłam z po fakcie z Panem Danielem i z rozmówkami. Łamanym niemieckim powiedziałam . To było słuszne podejście, P. Daniel rzucił mięsem, obraził chyba wszystkie opiekunki polskiego pochodzenia a potem dodał, od teraz nie dostaniesz w tym domu nic jeśli wcześniej nie poprosisz o to po niemiecku i nie wyjaśnisz dlaczego jest ci to potrzebne.

Paulina Świątkiewicz Nie lepiej było przyznać się do błędu i wrócić do polski?
Marlena Wojnar

No nie koniecznie, może to by było uczciwe ale ja wiem, że z taką reputacją, z przerwanym kontraktem, nikt by mnie już do pracy w opiece nie przyjął, a ja naprawdę posiadałam kwalifikacje w zakresie rehabilitacji i opieki nad osobami starszymi. Więc musiałam to jakoś załagodzić.

Paulina Świątkiewicz

Rozumiem, a jak wyglądał ten ostatni miesiąc, jak Pani dawała sobie radę?

Marlena Wojnar

W ciągu dnia opiekowałam się Panem Klausem i słuchałam radia, oglądałam telewizje. Starałam się osłuchać z niemieckim, nocą uczyłam się słówek i gramatyki ze stron Internetowych. W rozmowach z Panem Danielem miałam nie używać rozmówek, wiec musiałam nauczyć się podstawowych zwrotów i słówek, przyimków i jej odmiany, było ciężko ale dawałam radę. Pod koniec kontraktu, podziękowałam za wyrozumiałość i pożegnałam się ze łzami w oczach. Ten wyjazd pozwolił mi zrozumieć, co znaczy być odpowiedzialnym.

Paulina Świątkiewicz To faktycznie jest historia z morałem i z happy endem.
Marlena Wojnar

Zdaje się, że miałam dużo szczęścia, bo mogło być tragicznie. Wie Pani po tym wyjeździe zapisałam się do szkoły językowej, zdałam egzamin. Teraz mój niemiecki jest na poziomie C1.

Paulina Świątkiewicz

Podsumowując rozmowę, proszę mi powiedzieć, co daje opiekunce dobra znajomość języka niemieckiego.

Marlena Wojnar

Hmmm… Pozwala na swobodę, która przenosi się na różne płaszczyzny. Na pewno można nawiązać lepszy kontakt z podopiecznym, angażować go w różne zadania- czasem można nawet zobaczyć uśmiech i szczęście w ich oczach, to daje dużą motywację do pracy. Wiadomo, że rodzina czasem wykorzystuje opiekunki, każe im robić rzeczy, za które nie powinny być odpowiedzialne- tu dobra znajomość niemieckiego pozwala na asertywność. A kiedy to możliwe komunikatywny niemiecki pozwala na zawieranie przyjaźni. Generalnie, nie polecam wyjazdów bez znajomości niemieckiego, może się to źle skończyć…. Ale ja zaryzykowałam i opłaciło się.

ZAMKNIJ

Pierwszy wyjazd wspominam bardziej jak niezwykłe wakacje spędzone z rodziną, niż ciężką pracę. To był 2006 rok, pojechałem na zlecenie Work Express w rewelacyjne miejsce do Frondenbergu koło Dortmundu. Opiekowałem się tam 85-letnim panem Erwinem. Mieszkał sam w pięknym domu z ogromnym ogrodem – 500 metrów kwadratowych, którym opiekował się ogrodnik. Miał syna lekarza, który […]

PRZECZYTAJ HISTORIĘ

Pierwszy wyjazd wspominam bardziej jak niezwykłe wakacje spędzone z rodziną, niż ciężką pracę. To był 2006 rok, pojechałem na zlecenie Work Express w rewelacyjne miejsce do Frondenbergu koło Dortmundu. Opiekowałem się tam 85-letnim panem Erwinem. Mieszkał sam w pięknym domu z ogromnym ogrodem – 500 metrów kwadratowych, którym opiekował się ogrodnik. Miał syna lekarza, który zmarł kilka lat wcześniej na niewydolność nerek, więc opiekowała się nim synowa. Jednak, ponieważ prowadziła własną praktykę lekarską, nie miała zbyt dużo czasu. Trzy miesiące przed moim przyjazdem zmarła żona pana Erwina i „siadła“ mu psychika.

Jarosław Orzeł

Jak Pan wspomina swojego pierwszego podopiecznego?

Tadeusz Stawirej

Z panem Erwinem rozumiałem się od pierwszego spojrzenia. Przypominał mi mojego ojca, który, gdyby żył, byłby w podobnym wieku do niego, on z kolei stracił swojego syna. Może to spowodowało, że świetnie się rozumieliśmy. W czasie dwóch miesięcy, które tam spędziłem  opowiedział mi cały swój życiorys. O sobie, swoim bracie, synu. O swoim udziale w drugiej wojnie światowej, w czasie której latał w Luftwafe nad Rosją i Afryką, trafił do niewoli amerykańskiej i z USA przez Anglię wrócił do Niemiec. Krótko mówiąc, niesamowity materiał na trzymający w napięciu scenariusz. Okazało się zresztą, że nigdy wcześniej nikomu nie zwierzał się z tego okresu swojego życia. Synowa była zaskoczona, kiedy jej o tym opowiedziałem.

Jarosław Orzeł

Czyli z rodziną też miał pan dobry kontakt?

Tadeusz Stawirej

Jak najbardziej. Na przykład uczyli mnie grać w golfa. Raz w tygodniu z panem Erwinem zostawała kuzynka, a mnie w tym czasie synowa i jej partner zabierali na pole golfowe. Do dziś mam kontakt z synową pana Erwina, która wyszła drugi raz za mąż i meszka teraz w Berlinie. Zawsze, kiedy wyjeżdżam do Niemiec, sprawdza na mapie, co ciekawego będę mógł zobaczyć w okolicy.

Jarosław Orzeł

Spędził pan we Frondenbergu dwa miesiące. To standardowy czas trwania tego typu kontraktu?

Tadeusz Stawirej

Niekoniecznie. Czasem opiekunowie wymieniają się po takim właśnie okresie, ja zwykle staram się zostać dłużej. Z panem Erwinem nie zostałem dłużej, bo po dwóch miesiącach zmarł. Byłem na miejscu do jego pogrzebu…

Jarosław Orzeł

Ojej…

Tadeusz Stawirej

No cóż… Ta śmierć była dla mnie bardzo ciężkim przeżyciem. Między innymi dlatego panie z Work Express, już po dwóch tygodniach w Polsce, namówiły mnie na kolejny wyjazd, żebym się przełamał i nie miał traumy po przeżyciach z pierwszego wyjazdu.

Jarosław Orzeł

I wyjechał pan…

Tadeusz Stawirej

Tak. Drugi wyjazd to był Lengfurt, wieś położona niedaleko Wurtzburga. Pan Kurt, mój podopieczny był obłożnie chory, leżący w łóżku, jego żona miała demencję, także w zasadzie opiekowałem się dwojgiem ludzi. Pierwszy miesiąc był fatalny. Żona co prawda chodziła, ale nie mogła zapamiętać nawet mojego imienia. Ja mówiłem do nich po imieniu, oni do mnie „Ej ty!“, a to bardzo utrudniało kontakt i nie budowało miłej, czy rodzinnej atmosfery. Udało się to przełamać po miesiącu i ostatecznie zostałem z nimi na pół roku.

Jarosław Orzeł

Tym razem dość długo.

Tadeusz Stawirej

Tak, ale ja mam raczej nietypowe podejście do tej kwestii. Nie ustalam z góry jak długo będę pracował w danym miejscu, bo po prostu nie traktuję wyjazdów do opieki jak pracy. Nie uznaję „standardowego“ wracania z kontraktu po dwóch miesiącach, bo jak można z kimś się zbliżyć w tak krótkim czasie?

Jarosław Orzeł

Został pan na pół roku, więc w końcu jednak udało się panu zbudować tam lepsze relacje?

Tadeusz Stawirej

Po pięciu miesiącach czułem się już jak członek rodziny. I tak też byłem odbierany. Ale wtedy zaczęły się poważne problemy ze zdrowiem Pana Kurta. Dwa razy przeżyłem jego reanimację. W dodatku za każdym razem musiałem wzywać dwie karetki naraz, bo żona, widząc co się dzieje, też wpadała w panikę i w każdej chwili mogła zasłabnąć.

Jarosław Orzeł

Czy ten wyjazd też skończył się tak smutno, jak pierwszy?

Tadeusz Stawirej

Na szczęście nie aż tak. Pod koniec szóstego miesiąca lekarz, który opiekował się Panem Kurtem powiedział mi, że mój podopieczny najprawdopodobniej nie pożyje już długo. Mówił o miesiącu, góra dwóch. Postanowiłem wyjechać, żeby nie przeżywać  kolejny raz dramatu, jakim jest odejście podopiecznego. Ostatecznie okazało się, że Kurt żył jeszcze pięć miesięcy, ale w międzyczasie był aż trzy razy w szpitalu, więc nie byłby to z pewnością dla mnie łatwy czas.

Jarosław Orzeł

Ale ma pan też miłe wspomnienia z tego okresu?

Tadeusz Stawirej

Kurt uwielbiał zwiedzać ze mną okolicę. Okazało się, że przez kilka lat przed moim przyjazdem nie wychodził z domu. Także opiekunka, która była tam przede mną nie miała dość siły fizycznej, żeby np. przenosić Kurta z wózka do samochodu, więc jego „aktywność“ ograniczała się do przesiadania się z łóżka na fotel i z powrotem. Sąsiedzi, kiedy pierwszy raz go zobaczyli byli naprawdę szczęśliwi. Część z nich myślała, że od dawna już nie żyje.

Jarosław Orzeł

Podczas wyjazdów zdarzały się panu z pewnością także trudne sytuacje?

Tadeusz Stawirej

Też się zdarzały. Raz trafiłem do domu, w którym po pięciu dniach zrezygnowałem z pracy. W czasie rozmowy z dziećmi (w wieku ok. 45 lat), pana, którym się opiekowałem, okazało się że kilku opiekunów przede mną po prostu uciekło stamtąd bez tłumaczenia powodu. Ja im wytłumaczyłem, że jeśli pan nie zmieni postawy i nie przestanie traktować opiekunów jak lokajów, to nikt długo tam nie zagrzeje miejsca. Mam nadzieję, że ta rozmowa pomogła i kolejna osoba, która przyszła tam do pracy po mnie miała już łatwiej. Niestety historie starych osób, którymi się opiekujemy to najczęściej smutne historie. Na przykład dlatego, że wraz z nimi najczęściej znikało wszystko, co ich dotyczyło. Za każdym razem rodzina zachowywała się podobnie: sprzedawała większość przedmiotów z domu, a sam dom oddawała do  dyspozycji organizacjom charytatywnym.

Jarosław Orzeł

A co pana najbardziej zaskoczyło w czasie wyjazdów?

Tadeusz Stawirej

Kiedy wyjeżdżałem do Niemiec myślałem, że będę się opiekował starszymi ludźmi, bo oni nie mają rodziny. Okazało się, że jest zupełnie inaczej. Tam standardem jest oddawanie starszej osoby do domu opieki, lub wynajmowanie dla niej opiekuna.

Jarosław Orzeł

Z tego, co pan mówił, ma pan dość nietypowe podejście do pracy opiekuna.

Tadeusz Stawirej

Wynika to z tego, jaki jestem prywatnie. Jeśli wyjazdy traktuje się nie jak pracę, ale po prostu jak opiekę nad chorym członkiem rodziny, to nie będziemy mieli żadnych problemów. Podopieczni będą szczęśliwi, ich rodzina zadowolona, znajdzie się samochód na wyjazdy do kawiarni, czy na wycieczkę za miasto. Często okazuje się, że żaden opiekun nie jeździł ze swoim podopiecznym, a Niemcy bardzo chętnie pomagają w realizacji takich planów, bo przecież chodzi o opiekę nad członkiem ich rodziny. Są szczęśliwi, kiedy widzą, że on jest szczęśliwy. Kiedy opiekun jedzie „do rodziny“, a nie „do pracy“, to po prostu miło spędza się czas, najczęściej w pięknym miejscu, bo południowe Niemcy są bardzo malownicze. W dodatku za tak spędzony czas dostaje się pieniądze, co też jest bardzo miłe. Także dlatego jadę do opieki kiedy mi to odpowiada i w miejsce, które mi się podoba.

Jarosław Orzeł

Pana otwarcie się powoduje też otwarcie się ze strony rodzin.

Tadeusz Stawirej

Tak i co więcej, są też bardzo szczodrzy. Dzięki pracy w charakterze opiekuna nauczyłem się grać w golfa, zwiedziłem wiele pięknych miejsc w Niemczech, nierzadko dostawałem dodatkowe pieniądze, czy prezent, jak zegarek, czy drogie wino za kilkaset euro, na które sam w życiu bym sobie nie pozwolił. Jeden z podopiecznych zaproponował mi nawet swojego mercedesa, którego już nie używał. Słyszałem też o opiekunie, któremu rodzina niemiecka kupiła nowe auto, którym wrócił do Polski i wracał potem do nich.

Jarosław Orzeł

Jest pan z wykształcenia terapeutą, ale nie zawsze tak było. Skąd wziął się pomysł, żeby nim zostać?

Tadeusz Stawirej

Do 35 roku życia brałem wszystko i pracowałem, aż żyły wychodziły mi na czole. Byłem m.in. szefem salonu sprzedaży BMW Chrysler we Wrocławiu, potem prezesem firmy budowlanej RCE Unit, specjalizującej się w zbrojarstwie. To był okres prosperity w budownictwie, w tym czasie we Wrocławiu moja firma brała udział m.in. w budowie Galerii Dominikańskiej, odbudowy estakady kolejowej, czy biurowca Millenium Tower. Potem założyłem własną firmę marketingową i starałem się rozkręcić ją na międzynarodową skalę. Współpracowałem m.in. z klientami w Londynu i Ukrainy, w końcu jednak stwierdziłem, że firma daje mi więcej pracy, niż korzyści.

Jarosław Orzeł

I co było punktem zwrotnym w pana karierze?

Tadeusz Stawirej

W 2002 roku zmarła moja mama i był to punkt zwrotny w moim życiu. Wtedy zacząłem myśleć o tym, że mógłbym pomagać ludziom. Zacząłem naukę fizykoterapii w szkole policealnej. I skończyłem ją z najlepszymi ocenami, prawdopodobnie dlatego, że jako jeden z niewielu uczniów robiłem to naprawdę z przekonaniem. Potem zaczęli pojawiać się klienci, a to sąsiadka, która dowiedziała się, że zajmuję się fizjoterapią poprosiła mnie, żebym postawił na nogi jej mamę, a to kolega, że żona ma problemy po urazie. Okazało się, że mam nie tylko wiedzę, ale i talent do tego zawodu i po jakimś czasie okazało się, że znów pracuję od rana do nocy.

Jarosław Orzeł

i?

Tadeusz Stawirej

Złapałem się na myśli, że nie chcę tak pracować. Zauważyłem też, że najbardziej mnie cieszą i dają największą satysfakcję sytuacje, w których  udaje mi się pomóc osobom starszym. Kiedy np. pani chodząca od kilku lat z balkonikiem, po moich zabiegach zaczyna chodzić o własnych siłach.

Jarosław Orzeł

Wtedy zdecydował się pan na pracę w Work Express?

Tadeusz Stawirej

Inspiracją było ogłoszenie w gazecie. Zaskoczyło mnie, bo agencja Work Express poszukiwała opiekunów – panów, a nie pań. Wyjazd do Niemiec skojarzył mi się też raczej z turystycznymi wyprawami studenckimi niż ciężką pracą.

Jarosław Orzeł

Pana podejście sprawiło, że rzeczywiście wyjazdy nie stały się ciężką pracą. Czy zajmuje się pan dziś wyłącznie opieka nad osobami starszymi?

Tadeusz Stawirej

Od czasu do czasu udzielam się też jako ogrodnik, bo moja żona prowadzi firmę zajmującą się pielęgnacją zieleni. Miewam prywatne zlecenia jako fizjoterapeuta. W ramach hobby zajmuję się paralotniarstwem, skakałem na spadochronie, mam na koncie 16 skoków i uznałem, że to już dość. Na paralotni jestem w powietrzu dłużej i nie jestem uzależniony od instruktora, pilota itp. A to mi bardzo odpowiada.

ZAMKNIJ

Myślisz, że ta praca
jest dla Ciebie?

Wypełnij formularz, skontaktujemy się z Tobą w przeciągu 48 godzin

Administratorem Państwa danych osobowych jest LogistykaPL sp. z o. o. z siedzibą w Koziegłowach, ul. Warszawska 1, 42-350 Koziegłowy. Podane dobrowolnie dane będą przetwarzane w celu korzystania z formularza kontaktowego. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych osobowych oraz do ich poprawiania.


przewiń w dół